BOOSTER – czyli co?

BOOSTER – czyli co?

Moje pierwsze skojarzenie z nazwą „booster” to nic innego jak zabawne imię psa. Wiem, wiem, brzmi to śmiesznie, jednak nie da się ukryć, iż coraz więcej zapożyczamy nazw z języków obcych i możemy znaleźć dziwne dla nas określenia na kosmetykach i preparatach pielęgnujących. W rzeczywistości booster to zupełnie coś innego, a dodam nawet bardzo intrygującego. Pomyślałam sobie, że warto zgłębić ten temat i sprawdzić co to takiego, jak działa booster i czy warto po niego sięgać.

Booster = doładowanie dla skóry;)

Zacznijmy od samej nazwy. Skąd się wzięła? Od angielskiego słowa „boost”, czyli doładowanie. I jeśli pójdziemy tym tropem to możemy uznać, iż kosmetyki z nazwą booster są niczym innym jak doładowaniem dla naszej skóry. Nie ukrywam znów brzmi to zabawnie, choć takie rozwiązanie jest lepsze niż imię psa. No dobra, przejdźmy teraz do konkretów.

Na rynku kosmetycznym znajdziemy już takie preparaty jak serum czy esencja. Czym więc różni się od nich booster? Skoro wiemy, że esencja jest wodnistą formą serum, ale mniej skoncentrowaną, z kolei serum ma działać na konkretne problemy skórne to znów booster powinien wzmacniać i właśnie „doładowywać” warstwę rogową naszej skóry. Co za tym idzie? Ochrona przed czynnikami zewnętrznymi, podrażnieniami czy też mikroorganizmami. To jednak nie wszystko, bo na rynku kosmetycznym znajdziemy też takie boostery, których zadaniem jest wzmacnianie działania poszczególnych kosmetyków. Jak widzicie mamy boostery o różnych zastosowaniach, a jak to wygląda w praktyce?

Boostery mogą posiadać różne formuły i konsystencje. Mogą być żelowe, wodniste czy też kremowo – żelowe. Zawsze dobieramy je do typu naszej skóry i efektów, jakie chcemy osiągnąć. Stosujemy booster po dokładnym oczyszczeniu skóry lub demakijażu, przed nałożeniem kremu, rano i/lub wieczorem. Pamiętajmy, że przeciwwskazaniem do stosowania takiego preparatu jest nadwrażliwość na jakikolwiek ze składników kosmetyku. Dlatego też warto wcześniej sprawdzić skład i przeczytać opis producenta lub dołączoną ulotkę.

Booster
Jeden z moich ulubionych boosterów!

Co nam daje Booster?

I tutaj wrócę na chwilę do anatomii naszej skóry. Nie łapcie się za głowę, bo nie będę rzucała trudnych nazw. Musicie jednak wiedzieć, że najbardziej zewnętrzną częścią naszej skóry jest naskórek, a on składa się z wielu warstw, w tym właśnie z warstwy rogowej, o którą ma zadbać booster. To właśnie ta warstwa jest zawsze najbardziej narażona na działanie czynników zewnętrznych i warto o nią w odpowiedni sposób dbać, ale też ją wzmacniać od zewnątrz. Dlatego booster może okazać się świetnym rozwiązaniem. Jednym z moich ulubionych preparatów tego typu jest koncentrat nawilżający z czystym kwasem hialuronowym, czyli Bandi Boost Care. Zapytacie dlaczego? No oczywiście ze względu na działanie samego kwasu, który wiąże wodę w naskórku i przez to też nie pozwala jej zbyt szybko z niego uciekać. A co za tym idzie? Nawilżenie, napięcie skóry, wygładzenie. Same plusy!

W ofercie Bandi znajdziecie jeszcze inne boostery. Polecam Wam zapoznać się z ich składem, substancjami aktywnymi i działaniem. Booster to świetne uzupełnienie naszej codziennej pielęgnacji i coś zbawiennego dla naszej skóry.

Pielęgnacja po lecie. Porady dla pełnej regeneracji

Pielęgnacja po lecie. Porady dla pełnej regeneracji

Słońce, plaża, morska bryza, uśmiech i piękna opalenizna. To, co poprawia nam samopoczucie niestety nie działa korzystnie na naszą skórę. Długotrwałe opalanie, kąpiele w słonej wodzie, wiatr czy piasek mogą przyczynić się do jej przesuszenia, podrażnień a nawet przebarwień. Jak powinna wyglądać pielęgnacja po lecie? Od czego zacząć?

Regeneracja skóry po wakacjach – od czego zacząć?

Po pierwsze pielęgnacja po lecie musi skupiać się wokół oczyszczanie i złuszczanie. Dzięki tym prostym zabiegom pozbędziemy się martwego naskórka, odświeżymy cerę, usuniemy zaskórniki i zniwelujemy drobne przebarwienia posłoneczne. Możliwości działania mamy wiele. Domowe sposoby to peelingi dobrane do typu skóry: drobno i średnioziarniste, enzymatyczne czy też kwasowe. Możesz postawić na poprawiające koloryt maski, które łączą w sobie właściwości złuszczające z regenerującymi.

A może udać się do profesjonalnego salonu kosmetycznego?

Ważną rolę w poprawie kondycji skóry po lecie odgrywają profesjonalne zabiegi w salonach kosmetycznych i gabinetach medycyny estetycznej. Kosmetyczka, kosmetolog czy lekarz dobiorą do typu i stanu twojej skóry odpowiednie substancje aktywne, dzięki którym pozbędziesz się przebarwień, ale też odbudujesz, odnowisz a nawet odżywisz skórę. Polecam szczególnie zabiegi oczyszczające jak kawitacja, mikrodermabrazja i oksybrazja, zabiegi z wyższymi stężeniami kwasów, czy wszelkie mezoterapie i infuzję tlenową oraz lasery.

Nawilżanie skóry – najważniejsze w pielęgnacji cery po lecie!

Bez względu na to, jaki typ skóry posiadasz nawilżaj, nawilżaj i jeszcze raz nawilżaj. Po wakacjach skóra będzie chciała pić, a Ty musisz o to zadbać zarówno od zewnątrz jak i od wewnątrz. Dlatego też postaw na preparaty nawilżające, w których składzie znajdziesz masło Shea, kwas hialuronowy, witaminy czy kojący D-panthenol oraz alantoinę. Wypijaj conajmniej 2 litry wody dziennie. Pomyśl także o nawilżaniu powietrza w pomieszczeniu, w którym przebywasz. A jeśli szukasz dla siebie odpowiednich produktów nawilżających polecam szczególnie serię Hydro care oraz Anti – dry.

Odżywienie skóry – popraw kondycję cery!

Czas na odbudowę i odżywienie skóry. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jakie zniszczenia w naszej skórze powoduje promieniowanie UV. Zapewne wiesz o fotostarzeniu, ale dołóżmy do tego jeszcze przebarwienia czy też zachwianą ochronę hydrolipidową naszej skóry. Dlatego też kolejnym krokiem w pielęgnacji cery po lecie, zaraz po oczyszczaniu, złuszczaniu i nawilżaniu powinna być odbudowa naturalnego płaszcza ochronnego skóry, zadbanie o prawidłowy mikrobiom oraz dostarczenie odżywczych substancji. I tutaj działaj preparatami, które w składzie posiadają witaminy A, E, C. Sięgaj po antyoksydanty, wyciągi roślinne, trehalozę, probiotyki.

Na szczególną uwagę zasługuje strefa wokół oczu, bo tutaj najszybciej zauważysz przesuszenie, ale i pierwsze zmarszczki. Zafunduj skórze zastrzyk nawilżenia, jak i odżywienia. Postaw na kuracje i maski całonocne, które w swoich
formułach będą zawierały witaminy A, E, C, masło Shea, kwas hialuronowy, glicerynę, czy kolagen.

Filtry UV – nie możesz o nich zapomnieć!

Mimo tego, iż jesteś już po wakacjach nie rezygnuj ze stosowania filtrów UV, zwłaszcza jeśli podejmiesz działania złuszczające lub też rozpoczniesz silniejsze zabiegi, dzięki którym pozbędziesz się przebarwień. Pamiętaj, że usuwając starsze warstwy naskórka odkrywasz młodszą skórę, a ona jest szczególnie podatna na promieniowanie. Dlatego chroń ją przed szkodliwym działaniem UV. Stosuj filtry z wysokim SPF przez cały okres trwania kuracji z kwasami oraz zabiegów w salonach kosmetycznych i gabinetach medycyny estetycznej!

Jak przetrwać święta?

Jak przetrwać święta?

Ho, ho, ho… Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku. Utarło się, że życzymy sobie wesołych świąt. Ale jak tak policzyć: pranie firan, szorowanie okien na mroźnym powietrzu, godziny przy garnkach w kuchni, wielkie rodzinne sprzątanie, z którego każdy pragnie się wymigać, ubieranie żywej choinki, która kłuje w palce, ale za to pięknie pachnie. Wojny o Wigilię, u kogo w tym roku? Zmęczeni i sfrustrowani siadamy za stołem, bo większość jeszcze rano musiała iść do pracy (bo przecież Wigilia dzień jak co dzień w korporacjach czy urzędach).

W tym roku na studiach robię dodatkową specjalizację z Treningu Rozwoju Osobistego. Stworzyliśmy na tych zajęciach całkiem fajną i zżytą “grupę wsparcia”. Dzielimy się swoimi emocjami, doświadczeniami i rozmawiamy dosłownie o wszystkim przez bite 8 godzin co sobotę. Z okazji zbliżających się Świąt nasz prowadzący pozwolił nam obrać dowolny temat na nadchodzące ostatnie w tym roku zajęcia i jakież było moje zdziwienie gdy cała grupa jednomyślnie poprosiła o “Poradnik: jak przetrwać święta?”. Okazuje się, że wszystkich dotykają te same problemy. Zwaśnione rodziny, specyficzne ciotki i wujkowie, ktoś kto zawsze się spóźni, ktoś kto zawsze sprawi komuś przykrość. Tradycyjne życzenia w stylu: abyś w tym roku wreszcie znalazła męża (jakby mąż był złotówką na chodniku), abyście już powiększyli rodzinę, chcemy wnuki, chcemy prawnuki… I tradycyjne tematy przy stole: polityka, religia, obgadanie nieobecnych i na koniec diety, wszelkie diety świata – jak już wszyscy najedzeni to wymyślają jak się odchudzać po świętach. Brzmi to znajomo?

Jak zatem poradzić sobie z tym wszystkim. Przecież Święta Bożego Narodzenia to piękny czas, coś się kończy i coś zaczyna. Kończymy miniony rok, rozpoczynamy kolejny. Powinien to być magiczny moment, w którym ciepło domowe, rodzinne jest wg mnie większe niż upały na Wyspach Kanaryjskich. Te chwile gdy dom lśni czystością, w kuchni pięknie pachnie ciastem, gdy możemy pozapalać świece i napić się wina. Gdy możemy wtulić się pod kocem w ukochaną osobę, pobawić z dzieckiem, zrobić coś dla siebie. Tak naprawdę to wszystko zależy od nas i naszego nastawienia. Nie pozwólmy by ktokolwiek i cokolwiek zepsuło nam ten czas.

Spójrzmy na życie trochę łagodniej, przymknijmy oko na tych, którzy za wszelką cenę chcą żyć za nas, podać na tacy swoje złote rady, na tych, którzy zawsze wiedza lepiej niż My. Pozbądźmy się tego bagażu, który nie pozwala nam na krok do przodu. W książce Dzika droga, Cheryl Strayed (powstał też film na podstawie tej historii) jest taka piękna metafora życiowych problemów. Główna bohaterka pakuje plecak i na kilka tygodni wyrusza sama w góry. Z początku jej plecak jest bardzo ciężki, spakowała aż 40 kg ale im wyżej i dalej szła, powoli go opróżniała, więc stawał się coraz lżejszy i lżejszy…

Nie zostawiajmy niczego za sobą, nie udawajmy, że rozwiąże się samo. Spakujmy to i rozprawmy się z tym raz na zawsze. Możemy znacznie więcej niż nam się wydaje. A na zmiany nigdy nie jest za późno. Szczególnie gdy przed nami Nowy Rok. Ja zamiast listy postanowień w tym roku zrobiłam mapę myśli. To proste. Na środku rysujemy kółko a w nim główny cel, potem na boki idą strzałki do małych kółek, w których wypisałam co i kto jest mi potrzebny by ten cel osiągnąć. Jakie mam narzędzia do tego, jakie mogę podjąć działania i jak będzie wyglądało moje życie gdy to osiągnę. Zróbcie swoje mapy myśli i celów i rozliczymy się z nich już za 12 miesięcy. Trzymam za Was i za siebie kciuki. Szczęśliwego Nowego Roku!

Zatrzymajmy się

Zatrzymajmy się

“Wszelki duch Pana Boga chwali” to sformułowanie, stare jak świat, ostatnio pojawiło się w moim życiu aż trzy razy, więc pomyślałam, że to znak aby o tym napisać ten felieton. Po pierwsze dokładnie tak zaczyna się książka, którą czytałam na początku wakacji “Krok do szczęścia” (którą przy okazji mogę śmiało polecić, chociaż jak się okazało, jest to druga część z czterech, ale czytanie historii od środka też zawsze spoko). Drugi raz użył tego wyrażenia mój Tata, który pewnego dnia w drzwiach naszego mieszkania zobaczył kolegę z byłej pracy, którego nie widział od dobrych 16 lat. Okazało się, że Pan Franek po prostu przechodził w pobliżu i postanowił sprawdzić czy nadal tu mieszkamy. Trzeci raz to już osobiście rzuciłam do słuchawki, gdy zadzwoniła moja Ciocia, notabene Matka Chrzestna, z którą kontakt również mi się urwał kilka ładnych lat temu. Byłam zaskoczona, jak się wszystko pozmieniało.

Kiedyś dzwoniliśmy każdego dnia do ludzi. Ledwo z mieszkania wyszedł monter, który zainstalował nam kolorowe, plastikowe pudełko ze słuchawką i tarczą z dziurkami, a my już ochoczo wykręcaliśmy cyfry i dzwoniliśmy do wszystkich z rodziny, do znajomych, ba! nawet do sąsiadki z dołu. Takie były czasy… i zawsze było o czym pogadać…

Będąc z Tatą ostatnio na ryneczku wcześnie rano, rozglądając się za warzywami i świeżymi rybami, nagle usłyszeliśmy znajomy głos. To Pani Ula… Również nie widziana “naście lat” znajoma rodziców. Ta sama Pani Ula, która kiedyś w naszym domu na herbacie była dosłownie każdego dnia. Pamiętam jak dziś, stół w kuchni, ona, mama i herbata lub kawa… no i ploteczki, zawsze było o czym pogadać.

– No ja miałam wpaść do Was ostatnio, pogadać co tam słychać, ale taka jestem zabiegana, ciągle nie ma czasu – tłumaczyła się Pani Ula.

Jak to się wszystko stało? Nie naciągając tej historii mogę przysiąc, że kiedyś w naszym domu każdego dnia przewijały się tabuny ludzi. Jak nie koleżanki mamy, to babcia, jak nie babcia to sąsiadka z dołu, jak nie sąsiadka to któraś ciocia. Zawsze ktoś przychodził, pił herbatę i sobie szedł. A wieczorem siadało się przy telefonie i dzwoniło i znowu gadało. A teraz? Teraz to mniej więcej wygląda tak, gdy spotykamy koleżankę na ulicy (bo w domu to szans nie ma żadnych, ale o tym za chwilę…)

– Hej!
– Co słychać? Widziałam na Facebooku, że wyszłaś za mąż!
– Tak, tak już kilka lat temu, teraz wreszcie urodziła mi się córeczka!
– Ah tak widziałam wczoraj zdjęcia na twojej tablicy, śliczna!
– A co u ciebie, może wpadniesz do mnie na kawkę?
– Jasne, ale innym razem, muszę lecieć po synka do przedszkola. – No tak, widziałam na Faceboku, też już duży chłopak, ile on ma? Trzy latka?
– Prawie cztery…, no to lecę, pozdrów męża! Pa!
– Pa!

Yyyy… no nie mówcie, że tak to nie wygląda! Z moją ulubioną psiapsiółką Karolką, też mamy dylematy, od kilku miesięcy obiecuje, że wpadnie na kawkę, zobaczyć moje mieszkanie pod Warszawą i jakoś dojechać nie może. Zawsze kończy się to “szybką kawą” w biegu gdzieś w centrum lub galerii. Jakoś tak mi do Ciebie nie po drodze… zawsze ta sama wymówka.

Ja nie wiem jak świat się zmienił przez te kilkanaście lat, ale sądziłam, że w miarę postępu zyskamy więcej wolnego czasu, przecież to maszyny nas wyręczają, stać nas na samochody, mamy komórki, powinno być nam łatwiej. Niestety nie jest. Ludzie co raz częściej zamykają się w czterech ścianach. Już w poniedziałek marzymy o piątku, a o 8:00 rano marzymy o 18:00 gdy będziemy mogli wskoczyć w wygodne dresiki, pod kocyk, a naszym jedynym szaleństwem wieczoru będzie skakanie, ale po kanałach telewizora.

Siedząc na fotelu u fryzjera, przeglądałam jakąś kobiecą gazetkę i tam również we wstępie było kilka słów o tym, że kiedyś wpadało się do siebie bez zapowiedzi, ot tak, jak Pan Franek po 16 latach. Dziś tak już się nie dzieje, trzeba się umawiać przez miesiąc czasu przez smsy, potem parę razy na Facebooku, potem ze 3 razy odwołać, aby w końcu przełożyć ten “temat” na jakiś dogodniejszy termin.

Ja wiem, że mówiąc “kiedyś było inaczej” wychodzę na starą ciotkę klotkę, ale spójrzmy prawdzie w oczy, przynajmniej mieliśmy czas by opowiadać 5 razy dziennie te same historie kolejnym odwiedzającym nas osobom, a w domu zawsze pachniało świeżo upieczonym ciastem “dla gości”. Dziś tworzymy grupy na Facebooku aby dotrzeć do wszystkich na raz, a o najważniejszych wydarzeniach w naszym życiu informujemy przez tablicę, kolekcjonując wirtualne kciuki. Może więc warto się na chwilę zatrzymać, pomyśleć, upiec ciasto i zaprosić bliskich, a jak nam odmówią to wbijmy się z tym ciastem do kogoś bez zapowiedzi, a co! Będzie fajnie!

 

Moda na Drwala

Moda na Drwala

Nie za bardzo lubię się wypowiadać na tzw. tematy gorące, takie które są dosłownie wszędzie. Zdobią nagłówki tabloidów, poruszane są na każdym blogu i przede wszystkim znajdują sobie wygodne miejscówki na sofach w telewizji śniadaniowej aż do znudzenia wałkując jeden i ten sam temat tygodniami po czym powolutku rozchodzi się po kościach. Właśnie wtedy gdy już nieco przycichnie cały ten entuzjazm mediów ja mogę się wreszcie wypowiedzieć. Byłam pewna, że temat mężczyzn drwaloseksualnych odejdzie do lamusa razem z hipsterami zanim niektórym panom zdąży wyrosnąć broda. Niestety okazało się, że moda na drwali postanowiła zostać z nami na dłużej. Nie dotyczyło mnie to absolutnie aż pewnego razu spotkałam się z moim bratem, który zwykle bardzo zadbany i elegancki teraz wyglądał jak… bezdomny spod mostu. „Zapuszczam brodę” – powiedział tylko tyle, a ja już wiedziałam, że problem jest poważniejszy niż sądziłam.

Drwaloseksualny mężczyzna powraca do korzeni, zapuszcza brodę, włosy i przestaje prasować koszule. Najchętniej wkłada flanelę, porwane jeansy i ciężkie buty. Wygląda z pozoru jakby dosłownie wyszedł z lasu, po całodniowym rąbaniu drewna. Ale nie dajmy się oszukać drogie Panie, wbrew pozorom ten niedbały look wymaga wielu pracochłonnych przygotowań. Okazuje się bowiem, że brodę należy pielęgnować przez co tzw. Barber Shopy wróciły do łask w wielkim stylu. Ubiór też musi być oryginalny i spójny. Nie wystarczą już ubrania z sieciówek, czasem trzeba się nachodzić po lumpeksach aby trafić na prawdziwą perełkę na miarę drwala. Brodę zapuścili nie tylko Panowie na ulicach ale też aktorzy, muzycy i celebryci. I nagle okazało się, że my kobiety strasznie lubimy brodaczy, chociaż do tej pory przeszkadzał nam nawet dwudniowy zarost. Kilka tygodni temu portal o niepojętej dla mnie nazwie zaadoptujfaceta.pl wydał swój ranking najprzystojniejszych facetów w naszym kraju. Nie wiem kto tam głosował, ale mnie z pewnością o zdanie nie zapytano. Pomijając ten drobny szczegół warto przyjrzeć się pierwszej dziesiątce. Otóż wyprzedzając Antka Pawlickiego, Jakuba Gierszała i Grzegorza Daukszewicza (cała trójka roztapia moje serce na masło) wygrał Kamil Pawelski znany w sieci jako Ekskluzywny Menel. 2 lata temu nikomu nieznany chłopak z Mazur wygryza z listy ekranowych amantów. Gdzie tkwi sekret?

Tak się składa, że Kamil prywatnie jest moim dobrym kolegą z grupy. Poznaliśmy się 3 lata temu na SWPS i razem studiujemy psychologię. Już po pierwszym roku wiedziałam, że jest bardzo charakterystyczny i wyróżnia się z tłumu. Podsunęłam mu więc pomysł na bloga i tak powstała pierwsza męska szafiarka z krwi i kości. Mam nadzieję, że nie ujmuję na honorze tym stwierdzeniem Szarmantowi czy Mr. Vintage ale Oni chyba szafiarkami się nie czują. Z dnia na dzień Kamil i jego długa broda pojawiły się wszędzie. Od telewizji, przez duże kampanie reklamowe aż po bilbordy w centrum Warszawy. Okazało się, że Polska pragnęła zapuścić brody, ale czekała na publiczne przyzwolenie, na kogoś kto pójdzie na pierwszy ogień i ogłosi, że to jest znowu cool. I tak z dnia na dzień na ulicach powiększa się liczba Drwali. Ci którzy mogą – zapuścili sobie brody, inni włosy, a jeszcze inni patrzą na nich z zazdrością. Jest jedno “ale”… Kamil, pytany w wywiadach o brodę zawsze odpowiadał tak samo: że broda dodaje charakteru, męskości, animuszu, że to podkreśla wyrazistość mężczyzny. I z tym stwierdzeniem pozwolę sobie się nie zgodzić. Uważam, że o charakterze mężczyzny decydują zupełnie inne czynniki, o jego męskości również i nie ma takiej brody, która by mu te wartości zagwarantowała. Prawdą jest, że broda zmienia wygląd o 180 stopni, z pewnością dodaje lat, wyróżnia nas z tłumu (o ile ten tłum nie jest już pełen brodaczy) i sprawia, że niektórym kobietom miękną kolana. Ale to wszystko tylko wygląd zewnętrzny. Szkoda, że wraz z zarostem nie rosną też kultura osobista, szacunek do kobiet, ambicja i pracowitość. Gdyby każdy Drwal zyskiwał na męskości tak bardzo jak się to nagłaśnia to my kobietki mogłybyśmy znów stać się kobiece, delikatne i bezbronne.

Moim zdaniem broda to za mało. Fajnie jeśli komuś się podoba i dobrze się z nią czuje, ale bardzo martwi mnie presja środowiska, którą przyniosła ze sobą ta moda. Dla mnie ogolony i zadbany mężczyzna nie jest w żaden sposób dyskredytowany tylko dlatego, że nie ma brody. Weźmy na przykład ikonę męskości jaką jest James Bond. Od wielu lat uznawany za wzór do naśladowania. Zawsze ogolony, czysty, zadbany i w najlepszych garniturach nie narzekał na zainteresowanie ze strony kobiet.

Siłaczki

Siłaczki

„Kobiety się zmieniły, ale nie zmieniły wzorca męskości.
Nadal chcą widzieć mężczyznę jako wojownika i żywiciela.”
Philip Zimbardo

Podobno siłą jest kobietą, ale czy na pewno? W moim domu od pokoleń rządziły kobiety, babcia nad dziadkiem, mama chociaż malutka zawsze dominowała nad moim wysokim tatą i zanim się obejrzałam sama stałam się taką silną i niezależną kobietą. Kiedyś to były inne czasy, ale to właśnie kobiety z innych czasów walczyły o równouprawnienie, o jeansy, o pracę w korporacjach. Nie jestem jednak do końca przekonana, czy to było słuszne. Mam wrażenie, że w ogóle nie wzięto pod uwagę, że skoro my kobiety przechodzimy metamorfozę, to analogicznie zmieniać się będą również mężczyźni w naszym nowym „równym” świecie.

Jeden z moich psychologicznych Guru, Philip Zimbardo w jednym z wywiadów przy okazji ostatniego pobytu w Polsce powiedział: „Jeśli dziś jakiś młody człowiek mieszka wciąż z rodzicami, na garnuszku mamy i taty, to prawie na pewno jest to chłopak.” Niestety muszę się z tym zgodzić. Osobiście wyprowadziłam się od rodziców tuż po maturze, spakowałam walizkę i wyjechałam za granicę do pracy, po 8 latach wróciłam i zamiast do mamy i taty przeprowadziłam się do Warszawy. Wynajęłam mieszkanie, rozpoczęłam wymarzone studia (co nie było takie proste po 8 latach przerwy w nauce), zaczęłam pracować, by móc się utrzymać i zanim się obejrzałam miałam wszystko, prócz sensownego partnera. Kobiety kończą coraz lepsze i coraz to wymyślniejsze kierunki studiów, są niezależne, odważne i mądre. Od pokoleń ciężko na to pracowały i wreszcie mają okazję grać pierwsze skrzypce. Tylko nagle okazuje się, że to gra solo, bo nie łatwo jest znaleźć mężczyznę równie ambitnego i silnego, który wniesie do naszego życia nieco więcej niż geny dla naszych dzieci i skarpetki do kosza na bieliznę.

Jak kontynuuje Profesor Zimbardo: Mężczyźni uciekli do jednego jedynego miejsca, w którym czują się bezpiecznie, w którym nie muszą mierzyć się z kobietami, mogą za to mieć wszystko pod kontrolą i się wykazać. Do internetu. Kiedyś mieli do wyboru dwie role: wojownika albo żywiciela. W świecie realnym rzadziej się w nich spełniają, bo wojownicy nie są już potrzebni, a żywicielami, czyli osobami zarabiającymi na życie, dom coraz częściej są też kobiety. Ale w rzeczywistości wirtualnej nadal można wkładać ten kostium macho. Nie brzmi, ani nie wygląda to zbyt obiecująco, ale jak mam być szczera – same jesteśmy sobie winne. Wychodzi na to, że to taki skutek uboczny, którego nie przewidziałyśmy w procesie dążenia na upragniony szczyt. Niedawno minął Dzień Kobiet, więc tak mnie naszło na kobiecy temat. Myślę, że warto się jednak nad tym zastanowić. Dokąd to wszystko zmierza?

Aby trochę złagodzić ten temat dodam, że to głównie dotyczy mojego pokolenia, Panów 35 lat i mniej. Będąc na herbatce u moich dziadków zapytałam ich jak to możliwe, że wytrzymali ze sobą 60 lat. Na co dziadek odpowiedział mi „bo wtedy nie było ajfonów” a po chwili dodał, że ludzie teraz już nie rozwiązują problemów, ludzie idą na łatwiznę, gdy coś się psuje uciekają i szukają kogoś nowego, a powszechnie wiadomo, że nowe to nie koniecznie synonim lepszego. Babcia natomiast ma swoją teorię na ten temat. Zdradziła mi po kryjomu, że traktuje dziadka tak jakby był niezastąpiony. To dziadek chodzi po zakupy, zmywa, sprząta, gotuje przez co czuje się potrzebny i doceniony. Może właśnie tu jest ten pies pogrzebany. Mężczyźni XXI wieku patrząc na samorealizujące się kobiety nie mają im już czym zaimponować. A tymczasem co robią kobiety? Idą do kina na „50 twarzy Greya”. Nie wiem czy śmiać się czy płakać? Cały paradoks polega na tym, że przez wiele lat chciałyśmy być wolne i niezależne by teraz wzdychać i rozpływać się nad historią kobiety totalnie zniewolonej przez mężczyznę. Mój Boże, my jednak jesteśmy naprawdę skomplikowane.

W zasadzie wygląda to tak, że nadal rodzimy i wychowujemy dzieci, nadal dbamy o naszych mężczyzn, nadal gotujemy, sprzątamy i pierzemy. Różnica jest taka, że same sobie jeszcze do tej wyliczanki dołożyłyśmy 40 godzin pracy zawodowej w tygodniu, zabiegi pielęgnacyjne, manicure i pedicure. Naturalnie należy ten tekst potraktować z przymrużeniem oka, ale jednocześnie czas tupnąć nogą. Skoro my możemy, to po pierwsze Oni też mogą, a po drugie powinnyśmy zostać za to lepiej wynagradzane. Nie ma co się jednak oszukiwać i czekać na oklaski, lepiej od razu kupić sobie nowe szpilki… Jak mamy być królowymi tego świata, to trzeba jakoś się prezentować… 🙂