Mówi się, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Jeśli tak to moją cerę zawdzięczam mamie, babci i ich genom. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy ma tyle szczęścia. Myślę, że świadomość kobiet na temat pielęgnacji z roku na rok rośnie a wraz z nią szereg możliwości i kosmetyków, które pomagają nam o siebie zadbać.
Odkąd sięgam pamięcią na prezent kupowałam mamie kosmetyki, wiedziałam, że sama w siebie nie zainwestuje i nie poświęci czasu aby dobrać najlepsze kremy. Okazało się, że nie potrzeba fortuny aby stworzyć naprawdę dobry zestaw, który spełni jej oczekiwania. Moja mama od lat zakochana jest w serii Gold Philosophy, którą nazywa “koronkową” ze względu na jej piękne opakowania. Pierwszy ulubieniec to krem do szyi i dekoltu, do tego krem uniwersalny, który stosuje na dzień i na noc. Jest to niesamowita wygoda, ale rzeczywiście zdarza się, że skóra przed snem prosi o więcej nawilżenia. Mamy na to swoje sekretne rozwiązanie, ja stosuję Nocną Kurację Nawilżającą, a mama maseczkę z kolekcji C-WHITE z witaminą C, która prócz nawilżenia, działa rozświetlająco i przeciwzmarszczkowo. W codziennej pielęgnacji pojawia się także bardzo gęsty krem pod oczy z fitohormonami, które stymulują produkcję kolagenu. Ostatnim ogniwem jest serum korygujące tzw. Ultimate Skin Corrector, które służy mamie jako baza pod makijaż. Wygładza skórę rano i wypełnia zmarszczki przez co cały dzień cera wygląda młodziej.
Oprócz codziennej pielęgnacji uwielbiamy robić sobie tzw. Domowe Spa. Wówczas stosujemy dwa peelingi, enzymatyczny do twarzy i morski na szyję i dekolt. Ten drugi pozostawia przyjemny olejek na skórze, który stopniowo się wchłania. Za peeling enzymatyczny służy nam wciąż niedoceniana w domowym zaciszu maska z keratoliną. Jej działanie jest naprawdę zjawiskowe, dogłębnie oczyszcza i przygotowuje skórę pod dalszą pielęgnację. Warto jednak wiedzieć, że dla poprawnego zadziałania enzymów warto zwilżać skórę wodą po nałożeniu maski, gdyż enzymy działają właśnie w środowisku wodnym. Dla lepszego zobrazowania całego procesu pielęgnacji przygotowałyśmy z mamą filmik na You Tube, w którym wszystko krok po kroku wyjaśniamy. Zapraszamy do oglądania 🙂
Laura Ogrodowczyk
vlogerka i blogerka
Vlogerka i blogerka urodowo-lifestylowa, autorka bloga i kanału You Tube o nazwie RockGlamPrincess oraz FanPage’a dla kobiet o nazwie Siostry Glam. W roku 2013 wg rankingu MediaFun uznana za 1 z 10 najlepszych vlogerek polskojęzycznych na świecie.
Czy tylko ja mam wrażenie, że co roku przy okazji Sylwestra i mniej lub bardziej szampańskiej zabawy obiecujemy sobie zmiany na lepsze? Już chyba rytualnie prowadzimy te wewnętrzne monologi typu: “Ten rok może nie był najlepszy, ale następny…”, “Ja Wam pokażę!”, “Wszystko będzie inaczej”, “A wiesz czemu, bo zmiany zaczniesz już od 1 stycznia”, “Masz całe 365 dni”, “Nie ma co patrzeć w przeszłość, trzeba się skupić na przyszłości”. I tak, co roku…
Może nie będę odkrywcza, ale ja wiem dlaczego rok w rok robimy to samo. By poczuć szczęście. Chcemy najzwyczajniej w świecie być szczęśliwe, a nie ma lepszej okazji na “nowe szczęśliwsze życie” niż tzw. zaczynanie od zera, zaczynanie od nowego roku. I tak siedzimy za biurkiem w pracy lub przy kuchennym stole, mamy przed sobą kubek pysznej herbaty czy kawy i nowiutki, czyściutki kalendarz. I obiecujemy sobie w tym roku dokonać tak wiele… Uszczęśliwię się za wszelką cenę. Zapiszę się na lekcję hiszpańskiego, O matko! Jaka ja będę szczęśliwa jak już się nauczę języka. Schudnę z Anną Lewandowską, Ewą Chodakowską i nawet samą Cindy Crawford. Jezu, jakie mnie ogarnie szczęście jak już schudnę. Albo wiem, zrobię generalny remont, nic tak nie uszczęśliwia jak zakup nowych mebli i wydanie połowy wypłaty na nowe dodatki do domu. Planujemy wszystko ze szczegółami i długopisem w ustach i nastrajamy się optymistycznie do nowych działań. Tym razem musi się udać… Ale czy na pewno?
Żeby było jasne, wcale a wcale nie ufam horoskopom, ale nie będę udawać, że ich w ogóle nie czytam. Dziś dla przykładu, w jednym z moich ulubionych miesięczników wyczytałam taki oto cytat Seneki przy moim znaku zodiaku: “Gdyby zmysłowość dawała szczęście to zwierzęta byłyby szczęśliwsze od ludzi, ale szczęście ludzkie mieszka w duszy, a nie w ciele”. I zaraz przypomniała mi się scena z filmu “Bogowie”, w którym Dr Zembala (Piotr Głowacki) tłumaczył żonie pacjenta, który miał mieć przeszczepione serce, że jej mąż po operacji będzie taki jak dawniej. Kobieta jednak upierała się, że miłość jest w sercu, a więc z innym sercem on jej kochać nie będzie.Szczęście to jednak sprawa duszy. Nic co fizyczne nie uczyni nas szczęśliwymi, dopóki nie rozprawimy się z tym w naszych głowach. I nasuwa mi się na myśl inny cytat: “Jeśli małe rzeczy nie będą Cię cieszyły, to i duże tym bardziej nie ucieszą”. Właśnie na poszukiwaniu szczęścia skupia się stosunkowo nowa dziedzina – psychologia pozytywna. We współczesnym świecie ludzie nie wykazują satysfakcji własnym życiem, każdy pragnie „czegoś więcej”. Zapomnieliśmy jak cieszyć się prostymi i zmysłowymi przyjemnościami, zatraciliśmy kontakt z własną naturą, z innymi ludźmi i z przyrodą. Skupiamy się na pracy, żyjemy w pośpiechu, w pogoni za sukcesem, a gdy już go osiągniemy nie potrafimy się nim cieszyć, bo w między czasie “ktoś” osiągnął “coś” więcej i poprzeczka automatycznie się podniosła. Według Seligmana, specjalisty w dziedzinie psychologii pozytywnej, w nadmiarze dóbr materialnych człowiek żyje „w nędzy duchowej” wciąż pragnąc życia pełniejszego, sensownego, wartościowego.W moje ręce wpadła ostatnio książka “Bóg nigdy nie mruga”. Przeczytałam kilka rozdziałów i odstawiłam na półkę. Powielone milion razy slogany i typowe dla poradników hasła nie zrobiły na mnie wrażenia. Bądźmy szczerzy od lat autorzy tego typu poradników starają się sterować naszym życiem, uczą nas co robić aby osiągnąć szczęście, a tymczasem wraz z końcem lektury kończy się nasz zapał. Ja mam na to zupełnie inny sposób, możecie go zastosować lub nie. Zaczynam od końca. To tak jak Ford, gdy okazało się, że większości amerykanów nie stać na jego samochody, postanowił dostosować ich cenę tak, aby każdy mógł sobie na auto pozwolić. Ale nie zaczął od cięcia kosztów produkcji. Zaczął od końca, obniżył cenę do minimum, a potem nakazał podwładnym pracować tak, aby wciąż się to opłacało. Ja też zaczynam od końca. Możecie to zrobić w dowolnym momencie życia, o dowolnej porze dnia i nocy, byle nie od poniedziałku… (bo wiemy jak to się skończy). Uświadomcie sobie, że już jesteście szczęśliwe. Tu i teraz. Weźcie sobie mój przykład. Patrzę na siebie z czułością, przede mną nowy dzień. Oglądałam wczoraj piękny film, kawałek czekolady rozpuszcza mi się w ustach, zrobiłam pyszną zupkę, kupiłam kwiaty na targu, rzuciłam 5 zł grajkowi przy metrze. Cieszy mnie wszystko. Uśmiech mojej siostrzenicy, jej małe rączki rzucające mi się na szyję. Kolorowe liście pod nogami na chodnikach, miękkie i delikatne płatki śniegu. Gorąca i aromatyczna kawa, kolorowy samochód przejeżdżający ulicą, śmieszne graffiti na murze, ostatnia strona przeczytanej powieści. Nowy balsam do ciała, który pachnie obłędnie, kasztan znaleziony w kieszeni płaszcza, ciepły szal w kratę, wiewiórka i sikorka, która przypomina budowane w dzieciństwie karmniki z dziadkiem. Wszystko daje mi szczęście, czasem nawet łzy szczęścia. Jestem tu i teraz, nie każdy może tu być, nie każdy ma AŻ TYLE szczęścia by wszystkiego doświadczać, by czuć, by móc oglądać. Dajmy sobie szansę dostrzec to czego na co dzień nie widzimy. Jeśli nadal tego nie widzisz, weź telefon lub aparat w niedzielę i fotografuj do woli. Idź na spacer i przyglądaj się wszystkiemu tak, jakbyś tego wcześniej nigdy nie widziała. Tej ławce, którą mijasz każdego dnia, a na której padło nie jedno “Kocham Cię” i “Przepraszam”, temu pieskowi sąsiada, który merda na ciebie ogonem, a którego zawsze ignorujesz. Drzewom, pajęczynie, twoim niewypastowanym butom, rękawiczkom z dziurką, uśmiechom domowników podczas serwowania deseru, ciasta, które dziś sama zrobiłaś. Zrób zdjęcia ukradkiem swoim najbliższym i wreszcie sobie. Na koniec dnia przerzuć je na komputer i zobacz, ile masz szczęścia, tylko daj sobie na nie przyzwolenie. Doceń to co masz, a czeka cię wiele więcej…
Będąc jakiś czas temu w odwiedzinach u siostry w Szczytnie zauważyłam na jej toaletce pewną tabliczkę. Była to czarna tabliczka (jak te ze szkoły) oprawiona w drewnianą ramkę z serduszkami. Do tej tabliczki, na sznurku przymocowany był kawałek białej kredy. Najistotniejsze jest jednak to, co napisała na niej moja siostra: „You are perfect”(jesteś idealna). Pomyślałam: Jak to idealna?! i postanonowiłam, że wyjaśnię tę sprawę raz na zawsze. Nikt nie jest idealny, a już na pewno nie moja siostra, z której aż kapią kompleksy jak z niewyciśniętego ręcznika. Nie ma ludzi idealnych i dzięki Bogu za ten fakt. Sama nie wiem czy lepiej wmawiać sobie i pisać kredą po tabliczkach, że jesteśmy 8 cudem świata, czy pokochać się pomimo swoich niedoskonałości.
Mój ukochany pisarz Leo Buscaglia używał metafory owoców. Wyobraź sobie, że jesteś gruszką (bynajmniej nie chodzi mi o kształt kobiecej figury, lecz banalnie o owoc). Ludzie wokół Ciebie to miłośnicy jabłek. Nie ważne czy chodzi o ludzi z pracy, czy przyjaciół, czy potencjalnego partnera. Robisz wszystko, aby stać się jabłkiem, a z tego wysiłku nawet zaczynasz się już czerwienić jak jabłko. Zrobisz wszystko, aby stać się lubianym jabłkiem. Prawda jest jednak taka, że obojętne ile pracy w to włożysz, zawsze będziesz jabłkiem drugiego gatunku. A przecież możesz być pierwszorzędną gruszką i otworzyć się na miłośników gruszek.
W jednej z moich starych książek Grocholi była pewna zagadka, pozwolę sobie przytoczyć:„Gdyby przyszła do Ciebie kobieta, która ma ośmioro dzieci, w tym trójkę głuchych, a dwójkę niewidomych, a jedno upośledzone psychicznie, i gdyby ta kobieta miała syfilis i była w ciąży to co byś jej doradziła?”. Kobieta postanowiła urodzić, a dzieckiem tym był Ludvig van Bethoven. Nobody’s perfect (nikt nie jest idealny)! Trzeba dążyć do ciągłego ulepszania się i rozwoju – ok, z tym się zgodzę, ale często mam wrażenie, że pracujemy głównie nad swoimi wadami zamiast dopracowywać zalety. Mój przyjaciel powiedział mi kiedyś, że w życiu za bardzo skupiamy się na zbieraniu zwykłych kamyczków, przez co łatwo omijamy prawdziwe diamenty.
Z powodu niedawnej śmierci Robina Williamsa, postanowiłam obejrzeć po raz enty „Stowarzyszenie umarłych poetów”. Jedna z początkowych scen porzedstawia, jak na pierwszej lekcji chłopcy wpatrują się w stare zdjęcia w gablotkach. Wsłuchują się w głosy tych, którzy już odeszli, a jedyny ich przekaz to„carpe diem, osiągnijcie coś, zróbcie coś ze swoim życiem”. Myślę sobie, że Robin Williams dzięki niezwykłemu talentowi aktorskiemu przedłużył swoje życie na wiele, wiele lat. Ile z nas ma przywilej, aby zostać zapamiętanym, aby zostać kimś? Ostatnio miałam okazję przeczytać książkę„Gwiazd naszych wina”(w tym roku nakręcono jej ekranizację). Główny bohater wygłasza tam krótki monolog o tym, że martwi się, iż nie zostanie zapamiętany jako człowiek wielkiego czynu, że nie zdoła już zostać bohaterem (wszyscy główni bohaterowie tej książki chorują na raka). Obawia się, że potomni będą go wspominać jedynie jako tego, który walczył niezłomnie z chorobą. Hazel (główna bohaterka) odpowiada na to, że kiedyś w ogóle nikt nikogo nie będzie pamiętał, bo świat przestanie istnieć, nie będzie już ani zasług Kopernika, ani muzyki Mozarta, ani filmów z Robinem Williamsem. To wszystko kwestia czasu, dlatego warto pomyśleć nie tylko o tym kim chcemy być dla świata, ale przede wszystkim kim jesteśmy dla siebie i naszych bliskich.
Moja siostra (tak, ta sama od tabliczki) na moje urodziny w tym roku podarowała mi… tabliczkę. Na tej drewnianej tabliczce widniał wypisany na stałe napis, który brzmiał tak: „Twój dom może zastąpić Ci cały świat, ale cały świat nigdy nie zastąpi Ci domu – tu zawsze na Ciebie czekamy”. Jaki z tego wniosek? Nie starajmy się za wszelką cenę sprostać wymaganiom świata. Nie wypisujmy na tabliczkach czy lustrach tekstów z Cosmo – „You are perfect”, bo tak nie jest. I wiesz co? Właśnie to czyni Ciebie wyjątkową.
Udowodniono naukowo, że lubimy i preferujemy tylko to co znamy. Jest taka słynna scena w filmie „Rejs”, gdzie inżynier Mamoń mówi z całym przekonaniem: Lubię tylko te piosenki, które znam. Ten kultowy cytat przeszedł już do historii, niestety jest to zasada jaką posługują się ludzie na całym świecie, niezależnie od kultury, miejsca zamieszkania czy nawet wieku. Wiadomo, gdy jesteśmy młodsi, skłonność do eksperymentów jest nieco większa, nie mniej jednak zwykle podejmujemy decyzje, które nie niosą za sobą ryzyka rozczarowania. Dla przykładu w kawiarni gdy stoję przed wielką gablotą lodów kulkowych, patrzę na te wszystkie kolory, dodatki, sorbety, etykiety z różnymi napisami i chociaż chciałabym spróbować czegoś nowego to i tak zawsze kończę na tych samych, pistacjowych i rumowych. Bo co jeśli mi te inne nie posmakują? A tu mam pewność, że zjem ulubione smaki.
Gdy się tak jednak głębiej zastanowić, wiele rzeczy nam umyka w życiu przez to przywiązanie do naszych preferencji. Dlatego kilka dni temu postanowiłam odmienić swoje życie. Może nie aż tak drastycznie jak Julia Roberts w filmie „Jedz, kochaj i módl się”, ale jednak odmienić… Właściwie to już kolejny raz je odmieniam. Ponad 9 lat temu po maturze postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę i wyjechać do Wielkiej Brytanii, nie znając dobrze języka, nie znając samodzielnego życia, mając jedynie 200 funtów w kieszeni i bilet w jedną stronę. Każdy pukał się w głowę i wróżył mi szybki powrót do kraju autostopem. W moim przypadku chęć udowodnienia własnej niezależności tym wszystkim niedowiarkom była znacznie silniejsza niż strach przed nieznanym. Znalazłam jakiś pokój do wynajęcia, poznałam nowych ludzi, poszłam na rozmowę kwalifikacyjną i zdobyłam pracę, w której tak się starałam, że po kilku miesiącach dostałam kontrakt na stałe. Spędziłam tam wiele lat, przestawiając się na zupełnie inne życie, do tego stopnia, że potem wielkim strachem był powrót do kraju. I znowu nikt nie wierzył, że kiedykolwiek uda się mnie ściągnąć z powrotem do Polski. Ach… mówię Wam, lepiej mi nie rzucać takich wyzwań bo to mnie tylko mobilizuje do działania. I tak oto 2 lata temu nie tylko wróciłam do kraju zostawiając za sobą kawał życia w Londynie. Zamieniłam też rodzinny mały Olsztyn na wielką i straszną (z opowieści) Warszawę. Ponadto wróciłam na studia, gdzie udało mi się zdobyć stypendium naukowe i wynajęłam samodzielnie mieszkanie. Dlatego uważam, że zmiany są dobre – zawsze…
Naturalnie, że nie każdemu wszystko uda się tak jak mnie. Kopciuszek też miał czas na imprezę tylko do północy, a potem czar prysł i zaczęły się kłopoty. Zdaję sobie sprawę, że aby wszystko szło wg planu trzeba mieć dużo siły, wytrwałości i często zaciskać zęby, ale na koniec wszystko się zwraca… Świadomość sprawowania kontroli nad swoim życiem, przeżywania nowych emocji, jest niezwykle ważna. Mało tego, jest to recepta na długowieczność. Naukowcy przeprowadzili badania w jednym z domu starców. Podzielili pacjentów na dwie grupy, jednej z nich stworzyli warunki do sprawowania kontroli. Nie tylko dali im możliwość decydowania o aktywnościach jakie mogą wykonywać podczas czasu wolnego, wyboru dań w codziennym menu, ale także podarowano im nowe roślinki, którymi mieli się opiekować. Wyniki tego eksperymentu były szokujące. Osoby, które czuły, że mają kontrolę nad swoim życiem, same żyły znacznie dłużej…
I tak oto siedzę sobie na balkonie z kubkiem gorącej herbaty z pokrzywy i porzeczki (polecam!) i odliczam dni, które mi w tym miejscu pozostały, gdyż oficjalnie podjęłam decyzję o przeprowadzce. Właściwie to ta decyzja wybrała mnie. I znowu wszyscy bliscy stanęli w opozycji: „po co ci to”, „tyle pakowania”, „tak daleko od miasta” – to aż zadziwiające ile argumentów przeciw może powstać podczas burzy mózgów mojej wspaniałej rodziny. Mimo to klamka zapadła. Wiosna to najlepszy czas na zmiany, a nie ma to jak świeże wnętrze. Można też zmienić kolor włosów, ale to zrobiłam tydzień temu… Wiosenne porządki nabrały dla mnie w tym roku nowego znaczenia. Autentycznie muszę przejrzeć wszystko co mam w domu, popakować to i na nowo układać w nowym mieszkaniu. Ale wiecie co, cieszę się… Jestem szczęśliwa. Czuję, że nowe miejsce przyniesie mi dużo pozytywnej energii, weny do pisania i otworzy przede mną kolejne drzwi. Czego i Wam życzę…
„Jak co roku w okolicach Sylwestra, starając się jak najszybciej zbić nadprogramowe poświąteczne kilogramy obiecujemy sobie stojąc przed lustrem, że od Nowego Roku wszystko się zmieni.”
Jak co roku w okolicach Sylwestra, starając się jak najszybciej zbić nadprogramowe poświąteczne kilogramy obiecujemy sobie stojąc przed lustrem, że od Nowego Roku wszystko się zmieni. Byleby jakoś przeżyć tę ostatnią noc w roku… W sumie to i tak na balu będzie ciemno, a nasze znajome na bank tak jak my mają odstające sadełko po świątecznych potrawach i wypiekach. To przecież tylko jedna impreza, ale już po 1 stycznia wszystko się zmieni, oj tak! Ruszam na fitness, zacznę jogę, kupię karnet na rollery i przestanę jeść słodycze… ba… co tam słodycze, wszystko przestanę jeść – założę kłódkę na lodówkę, powieszę na niej zdjęcie Mirandy Kerr i za rok o tej porze wejdę w każdą jedną kieckę.
A propos kiecki, moja mama w przypływie Sylwestrowego szaleństwa już od kilku tygodni przeglądała wszystkie sklepy internetowe w poszukiwaniu idealnej kreacji na bal, na który idzie z tatą. Nie obwiniam jej wcale – rozczarowanie, że się nie wchodzi w sukienkę zamówioną on-line jest znacznie mniej gorzkie niż to w ciasnej przymierzalni znanej nam sieciówki. Przecież trudno jest dobrać odpowiedni strój przez ekran komputera a grunt to jest mieć na co zwalić całą winę. Także w tym roku moja mama zamówiła i szybko zwróciła 3 sukienki i ostatecznie pójdzie w czymś innym.
Ale od Nowego Roku… No jak Boga kocham… Wszyscy bierzemy się za siebie… Nordick walking, siłownia, bieżnia i jeszcze pływanie! Wszystko naraz i dieta cud, koniecznie jakaś dieta cud, po nowym roku wygoogluję coś, wydrukuję sobie i na bank przyniesie to zamierzone efekty… Dlaczego noworoczne obietnice i postanowienia są tak nieskuteczne? Przecież motywacja jest ogromna, szczególnie gdy w pierwszym tygodniu stycznia dostaniemy od znajomych zdjęcia z Sylwestra – łooo Jezuu – to aż tak źle ze mną? To ja tak naprawdę wyglądam? Prawo Yerkesa-Dodsona mówi, że wysoka motywacja jest skuteczna tylko i wyłącznie wtedy, gdy zadanie do wykonania jest dla nas łatwe, gdy natomiast przewyższa nasze dotychczasowe możliwości – motywacja zamienia się w skumulowany stres i nici z sukcesu. Marzymy o natychmiastowych rezultatach zamiast rozciągnąć długoterminowy plan.
A może by tak dla odmiany w tym roku, zamiast katować się nowymi zakazami i wyrzekać się tego co dotychczas dawało nam radość, powoli wprowadzać zmiany metodą małych kroczków. Ograniczyć kawę, ale nie od razu jej sobie zakazywać. Zacząć pić więcej wody – bo to jak wiadomo dobrze robi na cerę. Zadbać o siebie, zafunduj sobie zabieg w SPA po całym tym świątecznym ambarasie – zadbane ciało, nawilżona skóra to od razu 2 kg mniej. Wygospodaruj dla siebie więcej czasu i nie czekaj kolejnych 12 miesięcy aby pójść do fryzjera czy zrobić manicure, przecież gdy wychodzisz z salonu czujesz się znakomicie, czemu nie fundować sobie takich przyjemności częściej. Nie kupuj też vipowskiego karnetu na siłownię, bo i tak z niego nie skorzystasz, a nawet jeśli to potrwa to góra 3 miesiące, a po Wielkanocy znów będziesz jęczeć jak tu się odchudzić na wakacje. Lepiej wybierz jeden sport, który sprawi ci przyjemność, mnie totalnie pochłonęła Zumba, to taniec i ćwiczenia w jednym, sprawi, że poczujesz się super-sexy i będziesz chciała więcej!
Nie zależnie od tego jak podchodzimy do noworocznych postanowień, czy nasze plany są wielkie czy też malutkie, pamiętajmy, że to kolejny rok, a czas nas nie oszczędza i zawsze zostawi po sobie pamiątki na naszej twarzy, dlatego koniecznie pamiętajmy o codziennej pielęgnacji aby choć trochę z tym szalonym czasem powalczyć…
Doskonale pamiętam toaletkę mojej babci i prababci. Muszę przyznać, że panował tam totalny minimalizm. Zwykle stał dezodorant Fa lub Impuls, jeden krem dobry i na dzień i na noc i dla dziadka po goleniu. Perfumy Pani Walewska i jedna szminka, która zwykle była także różem do policzków.